Test
Modern Women | Recenzja samoopalaczy – Vita Liberata vs. Gosh
Portal dla nowoczesnych kobiet
blog, portal, porady, lifestyle, jedzenie, kuchnia, gotowanie, moda, fashion, strój, zakupy, zdrowie, fit, sport, wydażenia, kosmetyki, uroda
20540
single,single-post,postid-20540,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,side_menu_slide_with_content,width_370,qode-theme-ver-7.7,wpb-js-composer js-comp-ver-4.8.1,vc_responsive
modernwomen_somoopalacz

11 sie Recenzja samoopalaczy – Vita Liberata vs. Gosh

“Mam nadzieję, że już niedługo świadomość ludzi na temat zagrożeń związanych z nadmiernym opalaniem będzie na tyle wysoka, że dużo większym obciachem będzie smażenie się w słońcu na oleju kokosowym, niż parę przypadkowych smug od samoopalacza.” – to cytat z artykułu 5 kroków idealnej opalenizny z tubki, ale musiałam go tu umieścić, ponieważ nadal podpisuję się pod nim rękami i nogami. Tym bardziej, że serii samoopalaczowej ciąg dalszy:) Zapraszam na recenzję porównawczą moich dwóch ulubieńców w tej kategorii.

Naturalnie moja skóra jest bardzo jasna i cienka. Po zimie przybiera wręcz szarawy odcień, który wzmacniają prześwitujące przez nią fioletowe naczynia krwionośne. O ile w sezonie grubych swetrów i golfów w ogóle mi to nie przeszkadza (zimą lubię moją bladość :) ), latem brakuje mi promiennego efektu muśnięcia słońcem. Uwielbiam wygrzewać się na słońcu – jestem typem zmarźlucha, ale staram się robić to bardzo rzadko i zawsze używam kremów z wysokimi filtrami UV. Dlatego o naturalną opaleniznę u mnie trudno. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z samoopalaczami, w drogeriach były dostępne wyłącznie dające marchewkowy efekt, a te wysokopółkowe były poza moim zasięgiem. Tak jak pisałam w poprzednim artykule, jeśli szukacie delikatnego efektu i macie normalną lub ciemniejszą karnację, tanie kosmetyki opalające mogą się u Was bardzo dobrze sprawdzać. Jednak u mnie, przy powtarzanych kilka razy aplikacjach, blada skóra robiła się pomarańczowa. Dlatego na jakiś przez jakiś czas nie używałam samoopalaczy. Przerwę od opalenizny z tubki zakończył ciekawy produkt, który znalazłam w internecie i zakochałam się od pierwszego użycia.

IMG_7916-2
Gosh
Self Tan Lotion, balsam samoopalający do twarzy i ciała

Zacznijmy od produktu, który w mojej letniej kosmetyczce gości już trzeci sezon. Kupiłam go dzięki pochlebnej recenzji na YouTube i zawartej w niej informacji o zielonym barwniku wchodzącym w skład produktu. Dzięki niemu opalenizna nie jest pomarańczowa, jak w przypadku tańszych, drogeryjnych samoopalaczy, ale ma oliwkowy, bardziej naturalny odcień. Różnicę w kolorze skóry widać już po pierwszym nałożeniu, ale jest to delikatny efekt, który można stopniować następnymi aplikacjami lub nakładając dwie warstwy jedna po drugiej. U mnie zadowalający kolor otrzymuję po trzech użyciach. Produkt łatwo rozprowadza się na skórze zarówno dłonią, jak i przy pomocy rękawicy (więcej przeczytacie o niej w artykule 5 kroków idealnej opalenizny z tubki). Dużym ułatwieniem jest dodany do balsamu barwnik, dzięki któremu od razu w czasie smarowania widzimy, gdzie nałożyłyśmy już produkt i w jakiej ilości. Nie wystraszcie się jednak jego koloru. Jest pomarańczowo – brązowy, ale zmywa się bez problemu pod prysznicem, a spod niego wyłania się złoto – oliwkowa opalenizna. Aby utrzymać niezmieniony efekt, samoopalacza używam co trzy dni. Ale pamiętajcie, że to kwestia dość indywidualna, zależna od tego jak szybko złuszcza się naskórek. Być może u Was opalenizna będzie utrzymywać się trochę dłużej, bo producent zaleca ponowne używanie co 4-6 dni.

Jeśli chodzi o aplikację samoopalaczy na twarz, nie kończyły się u mnie dobrze. Nawet produkty przeznaczone konkretnie tylko do twarzy, powodowały wysyp małych krostek (a zdecydowanie nie mam skłonności do zapychania). Dlatego z reguły samoopalaczy nie używam na buzi (kolor wyrównuję ciemniejszym podkładem), ale Gosh’a kilka razy przetestowałam i w tej roli. Nakładałam go na skórę umytą i posmarowaną kremem na noc (czyli nawilżającym i lekko tłustym). Resztki produktu, które zostały mi na dłoniach wtarłam między włoski brwi i we włosy dookoła czoła, aby uchronić się przed wyraźnymi granicami. Jest to jedyny kosmetyk samoopalający, który wypróbowałam i nie zrobił spustoszenia na mojej twarzy! Kolor był tak samo intensywny jak na ciele, mimo aplikacji na krem.
Kosmetyk jest prawie bezzapachowy. Charakterystyczny zapach trochę czuć dopiero rano, nasila się on pod prysznicem, gdy skóra jest rozgrzana. Ale zaraz wszystko spływa razem z wodą, więc nie mogę tego uznać za wadę. Nie czujemy zapachu od razu po nałożeniu (i w sumie przez cała noc), jak w przypadku tańszych produktów.

Producent zapewnia, że oprócz pięknej opalenizny, balsam za sprawą ekstraktu z buraka cukrowego i skrobi kukurydzianej pozostawi skórę nawilżoną, miękką i gładką. Zgadzam się z tym w stu procentach. Ciało ładnie, zdrowo błyszczy, jest napięte i aksamitne. Mimo tego, nie zapominajmy o używaniu mocno odżywczych balsamów dla utrzymania pięknego efektu jak najdłużej. Samoopalacz zawiera również witaminę A, kwas linolowy oraz wyciąg z organicznej wilczej jagody, które są silnymi antyoksydantami i zapobiegają starzeniu się skóry.

Balsam Gosh dostępny jest m.in w SuperPharm w cenie podstawowej 39zł (w sezonie letnim często jest w promocji), chociaż zauważyłam, że ostatnio często jest wykupiony. Dlatego tutaj podaję link do małych sklepów, gdzie możecie kupić produkty Gosh.

Czy warto zapłacić tyle za samoopalacz, gdy możemy kupić dużo tańsze? Moim zdaniem zdecydowanie tak! Dla naturalnego efektu i ze względu na to, że jest wydajny. Po każdym sezonie zostaje mi jeszcze trochę w opakowaniu na specjalne okazje w zimę :)

Gdy w internecie zobaczyłam efekty produktów Vita Liberata, zaczęłam przymierzać się do zakupu któregoś z nich. Ze względu na ceny długo nie mogłam się zdecydować, który wybrać, który będzie dla mnie najlepszy. Z pomocą przyszła mi promocja -55% w Sephorze na balsam samoopalający. I tak, za moją jedyną zdobycz podczas niedawnej wyprzedaży, zamiast 115zł zapłaciłam 49,90zł :) Teraz na stronie Sephory to jego regularna cena, choć jest “chwilowo niedostępny” (raz wrócił do sprzedaży w tej super cenie, ale zapasy starczyły na jeden dzień). Jak tylko będzie znowu dostępny – znowu kupię! :)
To wyznanie z pewnością sprawiło, że już znacie moje zdanie na jego temat. Ale omówmy szczegóły.

Producent postawił sobie niełatwe zadanie stworzenia luksusowych produktów dających zdrową, i co ważne, bezzapachową sztuczną opaleniznę. Powstała cała seria produktów pielęgnacyjnych (przygotowujących skórę na samoopalacz i wspomagających zachowanie pięknego wyglądu jak najdłużej), samoopalających (balsamy, pianki, musy, a nawet maseczki) oraz chroniących przed promieniami UV. Kosmetyki są nietoksyczne, nie zawierają parabenów, perfum, alkoholu i chemikaliów wzbudzających wątpliwości, co do oddziaływania na organizm. Wszystkie produkty mają w składzie substancje głęboko nawilżające i odżywcze. W przypadku tego balsamu są to certyfikowane organiczne ekstrakty z malin (regeneracja, nawilżenie), ginkgo biloba (właściwości antyoksydacyjne i ujędrniające) oraz lukrecji (właściwości kojące i przeciwzapalne).

Muszę przyznać, że pokochałam ten balsam za zupełnie bezzapachowy i pielęgnujący proces “opalania”. Już po jednym użyciu efekt jest wyraźny i zupełnie zadowalający. Druga aplikacja powoduję, że wyglądamy jak po dwóch tygodniach spędzonych na plaży. Złota opalenizna utrzymuje się co najmniej tydzień, a skóra rzeczywiście jest dobrze nawilżona i napięta. Przy regularnym używaniu delikatnej gąbki do mycia i odżywczego balsamu, opalenizna schodzi równomiernie, nie robiąc plam.
Sama aplikacja jest jeszcze łatwiejsza niż w przypadku samoopalacza z Gosh’a. Wydaje mi się, że to dzięki rzadszej konsystencji. Ten balsam również jest zabarwiony, dzięki czemu widzimy czy wszystko jest dobrze i równo roztarte. Skóra od razu po nałożeniu samoopalacza jest miękka, gładka i elastyczna.

Na koniec znowu pojawia się pytanie: czy warto za niego tyle zapłacić? Pięćdziesiąt złotych na pewno. I chyba muszę powiedzieć, że jest też wart swojej regularnej ceny w Sephorze. Dla mnie to pojedynczy wydatek na cały ciepły sezon, bo zapowiada się, że jedna tubka spokojnie wystarczy na tegoroczne lato. Jednak, jak zwykle, warto polować na okazje. Produkty Vita Liberata znalazłam także w drogerii internetowej iperfumy.pl oraz na allegro, gdzie możecie na próbę kupić mniejsze pojemności w przystępnej cenie.

Oba produkty bardzo Wam polecam. Który wybrać? To zależy od efektu jakiego oczekujecie oraz od Waszego dostępu do tych produktów. Na tę chwilę, u mnie wygrywa Vita Liberata, ze względu na mocniejszy efekt po jednej aplikacji i dłuższe utrzymywanie się na skórze.

AUTOR